|
paź 14
2009
|
Szkoła – synonim piekłaDodane przez egipcjanin in Nieotagowane |
Szkoła nigdy nie kojarzyła mi się dobrze. Po pierwsze, chodziłem do technikum (nie ważne jakiego), gdzie w klasie miałem tyle dziewczyn, że policzyć je można na palcach jednej ręki, a po drugie – niektórzy nauczyciele byli prawdziwymi zmorami na mojej duszy i umyśle. Nie chodzi już nawet o to, że jestem ćwierć inteligentem, który potrafi doliczyć tylko do dziesięciu, a w co drugie słowo wplata znane nam wyrazy na k, p, ch itd., będące dla mowy polskiej niczym korona z brylantami o wyglądzie psich odchodów. Chodzi chyba o potężne lenistwo, które opanowuje mnie zawsze wtedy, kiedy mam zasiąść do nauki.
Najgorzej było zawsze z matmą – nie dość, że nasz profesor (tja…) był zawsze podłą bestią, która zdawała się ciszyć każdym moim nieszczęściem, to jeszcze te wszystkie działania nie wpajały się do mojej mózgownicy zbyt szybko. Najgorsze były sytuacje, kiedy na lekcji rozwiązywaliśmy zadania na tablicy i to ja musiałem iść zrobić następne, którego oczywiście nie potrafiłem zrobić. Wiecie, że wciąż śni mi się wielka tablica, przy której stoję ja z kredą w ręku i bladą cerą, a nauczyciel patrzy na mnie jak na debila przy akompaniamencie podśmiechujek kolegów z klasy?
Drugą rzeczą, której w szkole szczerze nienawidziłem był wf. Już nawet nie chodzi o to, że jestem jakąś kaleką i nie potrafię kopnąć piłki. Wszystko przez nauczyciela sadystę, który pozwolił nam grać w nogę czy siatkę dwa czy trzy razy w roku. Pech chciał, że jego pasją była lekkoatletyka, więc i my musieliśmy ją podzielać. Ciągłe biegi, skakanie na brudny piach czy rzucanie mokrą od potu kulką, to nic fajnego i jak tylko słyszę „Olimpiada” albo „Igrzyska Olimpijskie”, od razu chce mi się zwracać dzisiejsze śniadanie.
No i klasa chłopaczków – nie ma nawet kogo podrywać, z kim poflirtować… Może jakbym zmienił orientację, byłoby fajnie, ale nie udało mi się mimo kilku prób. Słowem podsumowania niech będzie szyderczy, wesoły rechot wydobywający się z moich ust. Spowodowany jest on tym, że właśnie jakaś grupa nieszczęśników wraca z zajęć, a pewnie na jutro zadane mają co niemiara i nie obejrzą ulubionego serialu. A ja to zrobię, popijając gorącą herbatę i uciekają przed wzrokiem matki, robiącej mi z łaską kolację… Chyba czas znaleźć sobie jakieś zajęcie.

