|
paź 01
2009
|
Parapetówki...Dodane przez egipcjanin in Nieotagowane |
|
Dzisiejsza notka będzie już nieco bardziej pozytywna, ale z góry uprzedzam - nie obejdzie się bez kilku gorzkich słów i kolejnego przykładu na to, że mój pech nie zna granic. Jednak czasami trzeba zapłacić za znakomitą zabawę i przypłacić ją własnym zdrowiem. Myślę, że zdecydowana większość z was wie o czym piszę, a właściwie o czym przeczytacie za chwilę.
Moi znajomi, będący znakomitą parą i wprowadzający się do nowego (pierwszego własnego) mieszkania - postanowili zorganizować parapetówkę. Jako, że zaczynają studia, postanowili rozpocząć także studenckie życie i kupili kilka wysokoprocentowych napojów. W sumie zgromadziło się na imprezie sześć osób, co w zupełności wystarczyło, aby najbliższy wieczór i noc, spędzić w przyjemnej atmosferze. Ja, jako dobry kumpel, również zaopatrzyłem się w butelkę wódki (a co), bo przecież nie wypada przychodzić na parapetówkę bez jakiegokolwiek prezentu. Nie spodziewałem się, że to skończy się dziwną sytuacją...
Jak można było się spodziewać - pierwsze chwile to sielanka. ładne mieszkanie, smaczne jedzenie, fajni ludzie i oczywiście ciekawe napoje, lepiej być nie mogło. Niestety, mogło być gorzej, bowiem gdzieś po północy, po kilku głębszych kieliszkach, moja głowa zaczęła zamieniać się w odrzutowiec, na jakimś lotniczym pokazie. Kiedy zamknąłem oczy, czułem się jak na karuzeli - wydawało mi się, że pędzę wokół własnej osi niczym planeta, ale nieco szybciej. W pierwszych chwilach było nawet fajnie - w końcu za takie uczucie w wesołych miasteczkach płaci się grubą kasę, a ja miałem to za darmo. Sam nie do końca zdawałem sobie sprawę, co wydarzy się za chwilę, ale na szczęście wypatrzyła i dobrze zdiagnozowała mój stan, organizatorka przyjęcia.
W te pędy, kazała mi gnać do toalety i okazało się to znakomitym pomysłem - bo za chwilę moja karuzela stała się bardziej natarczywa, a ja najbliższe kilkadziesiąt minut, spędziłem z głową w toalecie. Cóż, najadłem się trochę wstydu, ale na całe szczęście byłem w zaufanym gronie, więc wiedziałem, że zostanie mi to szybko przebaczone. Do końca naszego spotkania, nie wziąłem do ust niczego i po kilku chwilach zasnąłem twardym i smacznym snem.
Na szczęście o poranku czułem się całkiem dobrze i mogłem spokojnie wracać do domu. Jeżeli jednak myślicie, że nie wydarzyło się już nic "ciekawego" - rozczaruje was. Okazało się bowiem, że moi wspaniali przyjaciele, postanowili ukarać mnie za mój uprzedni "odlot" i namalowali mi markerem na twarzy pewną intymną część ciała, a że nie zdążyli zakupić jeszcze lustra - nie zauważyłem tego. Przez całą drogę powrotną nie wiedziałem, z czego śmieją się mijający mnie ludzie oraz moi znajomi. Dowiedziałem się tego przekraczając próg domu, gdy usłyszałem głos swej matki. "Boże, co tym masz na twarzy...?". Upokarzające...



